Imigrant, czyli obcy?

„Cała ogromna część Europy, leżąca między morzem Bałtyckim, morzem Czarnym i Adriatykiem, była jedną wielką szachownicą ludów, pełną wysp, enklaw i najdziwniejszych kombinacji ludności mieszanej…”  Pisze w swoich wspomnieniach wybitny eseista Jerzy Stempowski. I dodaje, że w okolicach Berdyczowa mówiono 7- mioma językami, nie licząc swoistości języków poszczególnych zawodów. Nie aż tak bogaty, ale przecież  nie ubogi był krajobraz językowy i narodowy na zachodnich rubieżach. Dziś jeszcze brzmią mi w uszach słowa piosenek, melanżu języka polskiego i niemieckiego (treść była zazwyczaj bardzo dowcipna).

To była Polska Józefa Piłsudskiego. Nie monolit, ale stop części bardzo zróżnicowanych, także religijnie. I myślało tak wielu. Dla  Romana Dmowskiego i jego zwolenników  idea przewodnia była zupełnie inna:  jeden naród- jedna religia. Paradoksalnie Dmowskiemu mógłby przyklasnąć Władysław Gomułka , I-szy sekretarz KC PZPR (gdyby zamienić religię na wiarę w marksizm).  Nie raz, nie dwa w swoich przemówieniach twierdził, że co prawda II-ga wojna światowa była tragedią, ale dzięki niej staliśmy się  państwem jednonarodowym i jest to rzecz bezcenna.

Dla jednych imigrant to obcy, więc to źle, dla drugich też pewnie obcy, ale stwarza to szanse na nowe doświadczenia, może być czymś co nas wzbogaca. Jedni się raczej zamykają, drudzy raczej otwierają.

W Polsce mamy niewielu obcokrajowców (niecałe 3%), a mimo to stopień tolerancji wobec nich nie jest wysoki. Ale bo też nie te procenty są ważnie, ale różnice osobowości. One decydują.

Stanisław Jałowiecki