I co z sankcjami?

Czy pamiętają Państwo spekulacje na temat tego, kto bardziej straci na wprowadzeniu przez Unię Europejską sankcji    gospodarczych wobec Rosji? Ja pamiętam. Wygrana Unii miała być miażdżąca, jak 1: 10, a nawet 1: 15-tu.  Dzisiaj natomiast nie tylko mnie, ale i ekonomicznym ekspertom wydaje się, że te kalkulacje były grubo przesadzone. I to mimo kilku wcześniej nie branych pod uwagę czynników, a mianowicie kosztów utrzymania Krymu i Donbasu oraz, co najważniejsze światowego spadku cen ropy.

Czy nie należy zatem uderzyć mocniej? Czy sankcje nie powinny iść dalej? Tego nie wiem, wiem natomiast, że w praktyce jest to nierealne. Ta jedna stracona bramka w meczu Unia -Rosja już i tak wywołuje społeczne reakcje, nawet w Polsce protestują sadownicy i domagają się od rządu wyrównania strat.  W Rosji jest inaczej – Putin tak bardzo naciągnął struny dumy narodowej, że sankcje to furda, ważne, że  zagraliśmy na nosie Zachodowi.

Obserwatorzy sceny politycznej twierdzą nawet, że sankcje są dla Putina korzystnie, bo w ten sposób zmusi rosyjskich producentów do uruchomienia produkcji, uprawy, czy hodowli w tych dziedzinach, w których trzeba było sięgać do importu. A to po to, by Rosja mogła być samowystarczalna, by – jak twierdza niektórzy – być przygotowanym do otwartej wojny. Nie trzeba jednak iść tak daleko, żeby zauważyć, że sankcje są  mało skuteczne;  wystarczy rzut oka na tłok na stacjach benzynowych Lukoil. Tłoczą się, bo jest o trzy groszy mniej na litrze. A wśród nich na pewno sporo jest takich, którzy gromkim głosem domagają się zaostrzenia sankcji…

 

Stanisław Jałowiecki