Reklama

Wczoraj i dziś agencji pracy w Polsce

Wywiad z Guido Vreulsem

Część I

Wychodząc naprzeciw potrzebom naszych czytelników, rozpoczynamy cykl poświęcony agencjom pracy, które od ponad półtorej dekady z powodzeniem funkcjonują na polskim rynku. Na wstępie w wielkim skrócie przybliżymy ich początki, problemy, z jakimi się borykały, dzień dzisiejszy oraz wybiegniemy w przyszłość – co czeka tę branżę w najbliższych dziesięciu latach. Żeby jednak podejść do tego tematu przekrojowo, a jednocześnie dokładnie i właściwie oddać jego klimat, do rozmowy zaprosiliśmy eksperta w tej dziedzinie – Guido Vreulsa, byłego menedżera, a obecnie doradcy komercyjnego firmy OTTO, jednej z najbardziej znanych agencji pracy, z którym rozmawia Krzysztof Świerc.

Krzysztof Świerc: Proszę przypomnieć początki działalności agencji pracy na polskim rynku. Z jakimi wówczas problemami się borykały, jakie przeszkody musiały pokonywać, aby przekonać do siebie i na dobre tutaj zakotwiczyć.
Guido Vreuls: W Polsce z tego rodzaju zajęciem po raz pierwszy zetknąłem się w 2001 roku. Wówczas jednak nie istniało i nie funkcjonowało tutaj pojęcie pracy tymczasowej. Mówiono natomiast o tzw. werbowaniu ludzi, a najważniejszą rzeczą było, aby osoba delegowana posiadała niemiecki paszport. Był to wymóg, ponieważ Polska nie była jeszcze członkiem Unii Europejskiej i z tego powodu polscy obywatele nie mogli legalnie pracować w państwach tzw. starej Unii. Natomiast jednym z poważniejszych wówczas problemów był brak systemu, który by faktycznie rekrutował i selekcjonował chętnych do zarobkowania na zachodzie Europy. Stąd też, mówiąc brutalnie, brano wówczas każdego, kto miał przysłowiowe dwie ręce i dwie nogi, dając mu możliwość zarabiania euro.

Rozumiem, że w omawianym okresie nie było żadnych problemów ze znalezieniem personelu i delegowaniem go do poszczególnych firm w Holandii, Belgii czy Niemczech.
Zdecydowanie nie, ale… Kłopoty pojawiały się na przykład w Holandii. Tam musieliśmy zorganizować wszystko tak, aby wysyłane przez nas osoby faktycznie zostały zatrudnione. Owszem, Holandia to multikulturowy kraj z dużą ilością między innymi Marokańczyków czy Turków, ale ludzie z Polski byli dla nas nowym doświadczeniem, to też inna kultura i język. Fakt ten generował dla nas mnóstwo pracy, ale i problemów. Owszem, na przykład holenderskie firmy potrzebowały rąk do pracy, czasami na tak zwane już, a agencje pracy chętnych miały mnóstwo oraz żadnych kłopotów z ich znalezieniem, ale w praktyce zrealizowanie wszystkiego tak, aby było zapięte na przysłowiowy ostatni guzik, było bardzo trudne. Mowa choćby o załatwieniu mieszkań czy otwarciu kont bankowych, z czym były olbrzymie kłopoty. Pracownicy z Polski chcieli bowiem otrzymywać pieniądze w gotówce, czego z kolei za wszelką cenę chciały uniknąć firmy zatrudniające pracowników z Polski. Efekt był taki, że wypłaty dostarczaliśmy, wożąc pieniądze, a nawet nosząc je po ulicach dosłownie w workach, w których czasami znajdowało się tysiące euro! Towarzyszył nam przy tym, co chyba zrozumiałe, duży dreszczyk emocji, obawialiśmy się napadów na nas.

Okay, ale początki trudne były też dla samych pracujących.
Absolutnie tak. Ludzie wysyłani z Polski na przykład w Holandii zaczęli pracować od 4 do 6 tygodni i częstokroć spali w samochodach na parkingu. Powodem było to, że nie chcieli wydawać ciężko zarobionych środków na mieszkania. A zatem sytuacja była bardzo podobna do występującej obecnie w Polsce, w wypadku ukraińskich pracowników. Można zatem powiedzieć, że tu, na miejscu, jesteśmy obecnie świadkami powtórki z historii.

Kiedy pojawiły się pierwsze symptomy zmian ku profesjonalizacji tej branży?
Dokładnie po 2004 roku, gdy Polska wstąpiła do struktur Unii Europejskiej, kiedy to granice się otwarły, a Polacy mogli korzystać z wolnego rynku pracy. Wtedy jednak, co należy podkreślić, dynamicznie zaczęły zmieniać się wymagania wobec wysyłanych do pracy osób. O ile między 2000 a 2004 rokiem w zasadzie pojechać mógł każdy, kto chciał bądź musiał, o tyle po 2004 już nie! Pracodawcy zaczęli żądać zdecydowanie większych kwalifikacji, specjalizacji w poszczególnych zawodach, w tym też znajomości języków obcych, a to zadanie spoczęło w olbrzymim stopniu na pracownikach agencji pracy funkcjonujących w Polsce.

Wraz z możliwością pracy na Zachodzie przez wszystkich obywateli Polski, a nie tylko tych posiadających niemiecki paszport pojawił się też szereg innych kłopotów, jakich?
Zdecydowanie ich przybyło, a nam – siwych włosów. W praktyce okazało się bowiem, że oprócz tak zwanych normalnych obywateli, ludzi, którzy potrzebowali pieniędzy, do pracy m.in. w Holandii wyjechały też polskie mafie! Dla agencji pracy stało się to megawyzwaniem, żeby wszystko odpowiednio zorganizować, bo wynikło poważnie podejrzenie o handel ludźmi! Stąd rekrutacja, selekcja kandydatów do pracy musiała w Polsce być przeprowadzana bardzo szczegółowo i dokładnie. W najmniejszych detalach sprawdzaliśmy każdy szczegół, aby zadbać o to, by nie dochodziło już na miejscu pracy i mieszkania do ekscesów, które czasami były naprawdę poważne. Nie ulega wątpliwości, że był to bardzo trudny okres dla agencji pracy, ale jednocześnie pojawiały się olbrzymie możliwości. Jednak naszym oczkiem w głowie było to, aby cały proces rekrutacji dopracować możliwie jak najlepiej, do perfekcji.

Pomimo piętrzących się problemów z każdym kolejnym rokiem branża agencji pracy funkcjonowała jednak coraz sprawniej.
Owszem, ale był to też okres, w którym prawo w Polsce nie było jeszcze dostosowane do unijnego, a agencje pracy już chciały chronić swój rynek. Chronić poprzez układ zbiorowy, podpisywanie umów dwujęzycznych, niepłacenie pracownikom gotówką, tylko przelewem na konto, co z kolei trzeba było załatwiać z bankami. W Opolu na przykład tylko w City Banku można było na miejscu zdobyć kartę bankową. To znaczy: jeśli ktoś zdecydował się na przykład w czwartek jechać do pracy w Holandii, to już w piątek miał kartę bankową, co było wówczas bardzo ważne. Poza tym w Holandii, ale nie tylko, zaczęto przeprowadzać więcej kontroli, między innymi przez wspomniany przeze mnie problem kryminalny. Zwłaszcza w Holandii, gdzie doszło w pewnym momencie do poważnego sporu między mafią marokańską a polską. Na szczęście dzięki tym kontrolom problem ten stopniowo znikał.

Jednocześnie włodarze agencji pracy wiedzieli, że jeśli w dłuższej perspektywie chcą rekrutować polski personel, to należy też budować wewnętrzny rynek w Polsce.
Absolutnie tak. Po kilku latach funkcjonowania w Polsce i wysyłania pracowników głównie do Holandii, która w tamtym okresie była najpopularniejszym kierunkiem zarobkowania, budowanie wewnętrznego rynku w Polsce stało się wręcz wymogiem. Efekt był taki, że zaczęliśmy rekrutować personel pracowniczy na polski rynek, co miało też olbrzymi wpływ na to, jak ludzie byli rekrutowani i wysyłani za granicę. Korzystając z okazji, przypomnę, że przez wiele lat miałem przyjemność pracować dla Polskiego Forum HR – instytucji, która współpracuje ze wszystkimi dużymi agencjami pracy w Polsce, i sami wyznaczyliśmy sobie zasady etyczne. Na przykład to, jak powinny wyglądać mieszkania pracowników i jakie warunki do życia powinni mieć zagwarantowane, czyli na przykład odpowiedni metraż w mieszkaniu. Nie godziliśmy się też na to, aby w jednym mieszkaniu przebywało, powiedzmy, 20 osób, a tak niestety na początku lat dwutysięcznych się zdarzało, ba, były przypadki, że ludzie mieszkali nawet w stodołach.

Kiedy weszły w życie przepisy, które te kwestie w jakimś stopniu łagodziły, regulowały?
Tak zwana profesjonalizacja tej branży sukcesywnie wprowadzana była od 2004 roku, a już w 2008, 2009 roku było to robione w bardzo szybkim tempie, ale też kompletnie zmienił się rynek. Do tego pojawił się kryzys ekonomiczny, a w Holandii doszedł do władzy populista, który domagał się opuszczeni kraju nie tylko przez jej kolorowych mieszkańców, ale również przez Polaków. Szczerze mówiąc, był to dla nas okres niezwykle ciężkiej pracy, bo musieliśmy bronić naszego biznesu. W tym czasie też dużo podróżowaliśmy do Holandii z dziennikarzami z Polski, aby pokazać im, jak faktycznie u nas jest i aby ludzie się nie obawiali. Mimo to sytuacja zmusiła nas do tego, żeby totalnie zrewolucjonizować całą naszą branżę, aby stała się w pełni profesjonalna i żeby nie można było nam czegokolwiek zarzucić. To znaczy umowy były już tylko dwujęzyczne, dokładnie też informowaliśmy o naszej działalności ambasady itd. Tym samym Polacy mieli dostęp do wszelakiej informacji, czego wcześniej nie byli w stanie uzyskać. To z kolei zwiększyło świadomość osób decydujących się na pracę za pośrednictwem agencji pracy, pracownicy ci zrozumieli, jakie mają prawa. Równocześnie przestało się dla nich liczyć jedynie to, ile zarobią w tygodniu na rękę, ale również to, czy mają prawo na przykład do zasiłków, jakich, kiedy, czy muszą się rejestrować w danym kraju, czy przysługuje im dodatek na dzieci. Te wszystkie rzeczy nagle, niemal z dnia na dzień stały się dla ludzi ważne.

Jednocześnie jednak o pracę było coraz trudniej. Agencje zaczęły wybierać sobie ludzi z lepszą znajomością języków, fachowców w poszczególnych branżach, a do tego mogły szukać chętnych do pracy nie tylko wśród Polaków, ale też Czechów, Słowaków czy Węgrów...
To fakt, a co za tym idzie – rozpoczęła się prawdziwa selekcja, już nie dla każdego była praca. Dla firm oferujących zatrudnienie bardziej od liczby pracowników bardziej liczyły się teraz umiejętności zatrudnianych. To było odczuwalne i powodowało frustracje, bo firmy dające możliwość pracy osobom z Polski zaczęły życzyć sobie między innymi dobrej znajomości języka niemieckiego lub angielskiego. Robiono nawet testy językowe i na ich podstawie decydowano, czy ktoś będzie zatrudniony. To z kolei skłoniło nas do tego, że sami zaczęliśmy badać rynek, zadając sobie pytanie, co będzie dalej. Wyniki były zaskakujące, ale i jasno wytyczające nam drogę, którą należało kroczyć.


Odpowiedzi na kolejne pytania znajdą się w drugiej części wywiadu z Guido Vreulsem. Przedstawimy także perspektywy agencji pracy w najbliższej dekadzie – czy będzie to dla nich „złota dekada”, czy nastąpi schyłek tej branży.

Zapraszamy!