Reklama

Niemcy walczą o powrót do równowagi. Ciężkie wstawanie z kolan

Trwa mozolna odbudowa piłkarskiej reprezentacji Niemiec, która po minionych mistrzostwach świata w Rosji popadła w głęboki kryzys. O tym, jak bardzo głęboki, świadczy fakt, że w nowo utworzonej Lidze Narodów Niemcy już na mecz przed końcem zmagań grupowych mieli „zapewniony” spadek z Dywizji A do B, co stało się z zyskiem dla reprezentacji Francji i Holandii. Dla czterokrotnych mistrzów świata to bez wątpienia duże upokorzenie.

Jednak po tej klęsce i fatalnych dla Niemiec mistrzostwach świata w Rosji, gdzie po raz pierwszy w historii nie wyszli z grupy i to w roli championów globu, nadszedł czas na rekonstrukcję kadry. Dzięki temu pojawiło się w niej wielu obiecujących piłkarzy, jak Leroy Sane, Serge Gnabry, Kai Havertz, Nico Schulz, Niklas Süle, Leon Goretzka czy Thilo Kehrer. Do tego selekcjoner Joachim Löw przeszedł z systemu 4-2-3-1 na system – 3-5-2-1, czy lepszy? Pierwsze spotkania w tym układzie nie wypaliły. Niemcy we wspomnianej Lidze Narodów zremisowały u siebie bezbramkowo z Francją, a następnie uległy „Trójkolorowym” w Paryżu 1-2 i Holandii w Amsterdamie aż 0-3! Ta przegrana była kropką nad „i”, jeśli chodzi o niepowodzenie grupowe w Lidze Narodów, ale najwyraźniej sztab szkoleniowy niemieckiej kadry zaczął wreszcie wyciągać z tego spotkania stosowne wnioski, choć nie wszystkie trafne, ale po kolei...

Rosja bez szans

„Die Mannschaft” w minionym tygodniu w meczu towarzyskim pewnie i jak najbardziej zasłużenie pokonała w Leipzig Rosję 3-0, rozstrzygając to spotkanie w 40 minut. W 8. minucie wyprowadził Niemców na prowadzenie Sane, wykorzystując zagranie Gnabry’ego, w 25. minucie po akcji Rüdigera Süle strzałem głową podwyższył na 2-0, a na 5 minut przed przerwą po podaniu Havertza najlepszy na murawie Gnabry, jak się później okazało, ustalił wynik potyczki. Team Joachima Löwa po przerwie zwolnił tempo swoich akcji, oszczędzając słabo dysponowanego na swoim tle rywala, a jednocześnie zbierając siły przed ostatnim meczem grupowym w lidze Narodów z Holandią. Każdy z niemieckich piłkarzy pragnął przecież rewanżu na „Oranje” za porażkę 0-3 poniesioną 13 października, a równocześnie rehabilitacji w oczach swoich kibiców za ostatnie słabe występy, co nie przystoi tak utytułowanej reprezentacji jak niemiecka. Ewentualna wygrana w tym meczu nie dawała co prawda Niemcom możliwości pozostania w Dywizji A Ligi Narodów, mimo to miała znaczenie, bo dawała większe szanse na tak zwane rozstawienie w grudniowym losowaniu eliminacji do mistrzostw Europy 2020 i co za tym idzie – trafienia na łatwiejszych rywali.

Skuteczność do poprawki

Motywacja była zatem spora, co było widać od pierwszych minut pojedynku z Holandią, która kilka dni wcześniej zaprezentowała się z bardzo dobrej strony, pewnie pokonując aktualnych mistrzów świata – Francję – 2-0. Jednak w Gelsenkirchen, gdzie rozgrywane było to spotkanie, podopieczni Ronalda Koemana byli zespołem słabszym, przynajmniej przez większą część meczu. Gospodarze od pierwszych minut rzucili się na rywala i już w 9. minucie po sprytnym odegraniu futbolówki przez Gnabry’ego Werner kapitalnym uderzeniem z 20 metrów wyprowadził team Löwa na prowadzenie, a 11 minut później po akcji Kroosa, Sane podwyższył na 2-0. Pomimo tego Niemcy nadal konsekwentnie wyłączali Holendrom grę skrzydłami, z czego słyną, zdominowali środek pola i nadal nacierali, przez co raz po raz kotłowało się na przedpolu holenderskiej bramki, ale brakowało skuteczności. Między innymi po błyskawicznych kontratakach w znakomitych sytuacjach do zdobycia kolejnych goli byli szybcy Werner, Sane, Reus i Kehrer, ale pudłowali w najlepsze! Szkoda, że w obecnej kadrze nie ma tak wytrawnego snajpera, jakim jeszcze nie tak dawno był Klose, bo Holendrzy już po godzinie gry przegrywaliby zdecydowanie wyraźniej, a tak...

Zemsta losu

Zmarnowane przez Niemców okazje zaczęły się mścić. Zanim jednak do tego doszło, Joachim Löw pomógł rywalom, dokonując niewłaściwych zmian, które bardzo negatywnie wpłynęły na postawę jego zespołu. Przede wszystkim w 67. minucie w miejsce Gnabry’ego wstawił słabiutkiego i powolnego Müllera, a w 80. minucie błyskotliwego Sane zastąpił niewyraźnym Goretzką. Do tego dobrze czującego się na murawie i niezwykle szybkiego Wernera w 63. minucie zamienił na Reusa. Efekt? Niemcy oddali inicjatywę rywalom, którzy wiedząc, że w ataku Niemców nie ma już Gnabry’ego, Sane i Wernera, zaczęli śmiało nacierać. Dzięki temu w 85. minucie za sprawą Promesa strzelili kontaktowego gola, a w pierwszej minucie doliczonego czasu gry van Dijk wyrównał na 2-2! Szkoda to tym większa, że kilkadziesiąt sekund wcześniej Kehrer z Reusem mieli 100-procentową okazję do strzelenia gola na 3-1 dla Niemiec, ale ten pierwszy, zamiast odegrać futbolówkę na 5. metr do niepilnowanego Reusa, sam próbował dobić Holendrów. Finalnie, jak pokazała praktyka, dobił własny zespół. Można powiedzieć: wielka szkoda, że Niemcy nie wygrali, bo z przekroju meczu absolutnie na to zasługiwali. Pozytywne jest jednak to, że bez względu na wynik widać, że niemiecka reprezentacja wstaje z kolan, odradza się i na eliminacje do mistrzostw Europy powinna być już gotowa i taka, aby nie tracić punktów w spotkaniach, w których przez 85 minut kontroluje grę, dominuje i pewnie prowadzi.

Potencjał olbrzymi

Poza tym, mimo że Niemcy bardzo dobrze zaprezentowali się na tle Rosji i w sumie dobrze w konfrontacji z Holandią, to należy też dodać, że wielu znakomitych piłkarzy nie zostało powołanych do kadry na te spotkania. Mowa choćby o Dahoudzie, Weiglu czy Philippie z Borussii Dortmund, Demirbay'u z TSG 1899 Hoffenheim, Canie z Juventusu Turyn, Hofmannie i Stindlu z Borussii Mönchengladbach, Klostermannie, Demme, Halstenbergu z RB Leizpig, Gündoganie z Manchesteru City, Mustafim z Arsenalu Londyn, Vollandzie i Bellarabim z Bayeru 04 Leverkusen, Petersenie z SC Freiburg, ter Stegenie z FC Barcelona czy mistrzu asyst w Bundeslidze Maxie z FC Augsburg. W tych meczach nie wystąpili też Julian Draxler z Paris SG, a w potyczce z „Oranje” nie wybiegł na murawę utalentowany Brandt. Zastanawiające jest jednak to, że do reprezentacji z uporem maniaka Joachim Löw powołuje Rudego. Jest to piłkarz, który nie dał rady w Bayernie München, skąd został sprzedany do przeciętnego FC Schalke 04, gdzie też siedzi w większości spotkań na rezerwie. Mimo to do drużyny narodowej jest regularnie powoływany, blokując miejsce wielu lepszym od siebie, a przy tym podczas zgrupowań na murawie biega tylko na treningach. Do tego nie ma charyzmy, jaką kiedyś w kadrze charakteryzowali się Podolski czy Schweinsteiger, którzy nawet jeśli byli w słabej formie, dobrze wpływali na morale kadrowiczów. Gdzie zatem sens w przypadku Rudego?



Krzysztof Świerc