Klienci pytają, gdzie naprawdę powstają produkty
Na forach i portalach zakupowych coraz częściej pojawiają się komentarze kwestionujące znaczenie znaku „Made in Germany”.
„Made in Germany to kłamstwo i może zostać zakwestionowane przez konkurencję” – napisał jeden z użytkowników platformy mydealz. Inny stwierdził: „Wystarczy ostatni etap wykończenia – zamówić produkt z Chin, złożyć go w Niemczech i można napisać na nim ‘Made in Germany’”.
Takie opinie dotyczą dziś wielu kategorii produktów, od sprzętu AGD i elektroniki po samochody, narzędzia czy suplementy diety. To szczególnie istotne w czasie rosnącej konkurencji ze strony chińskich producentów.
Nie ma jednoznacznych przepisów
Zdaniem Alexa Kalcina, dyrektora marketingu grupy Atolls, właściciela mydealz, coraz więcej konsumentów odkrywa, że oznaczenie „Made in Germany” jest znacznie mniej jednoznaczne, niż wcześniej sądzili.
W Niemczech nie istnieje odrębna ustawa precyzyjnie określająca, kiedy produkt może nosić taki napis. Oznaczenie jest dobrowolne, a jego stosowania nie kontroluje żadna państwowa instytucja. Producent nie może jedynie wprowadzać klientów w błąd.
Przez lata sądy wypracowały zasadę, zgodnie z którą kluczowe znaczenie ma miejsce powstawania najważniejszych cech i wartości produktu. To właśnie zasadnicza część wartości dodanej powinna powstawać w Niemczech.
Globalizacja zaciera granice
W praktyce ocena pochodzenia produktu staje się coraz trudniejsza. Elektronika często pochodzi z Azji, części produkowane są w Europie Wschodniej, a oprogramowanie powstaje m.in. w Indiach. Końcowy montaż może natomiast odbywać się w Niemczech.
W efekcie wielu klientów zastanawia się, czy taki produkt rzeczywiście zasługuje na oznaczenie „Made in Germany”, zwłaszcza że często kosztuje więcej od konkurencyjnych odpowiedników.
Niemieckie marki nie zawsze są już niemieckie
Kalcin podkreśla, że konsumenci nie tracą zaufania do niemieckiej jakości, lecz do samego oznaczenia pochodzenia. „Reputacja ‘Made in Germany’ cierpi, ponieważ często nie wiadomo, kto jest właścicielem marki” – mówi.
Wiele znanych niemieckich marek należy dziś do zagranicznych koncernów. WMF jest własnością francuskiej grupy SEB, Gardena należy do szwedzkiego Husqvarna, a Grundig znajduje się w tureckich rękach. W rezultacie niemiecka marka, niemiecka produkcja i niemieckie przedsiębiorstwo coraz częściej oznaczają trzy różne rzeczy.
Za granicą „Made in Germany” wciąż budzi największe zaufanie
Paradoksalnie, podczas gdy w Niemczech trwa debata nad znaczeniem oznaczenia, za granicą jego pozycja pozostaje bardzo silna.
Badanie Norymberskiego Instytutu Decyzji Rynkowych przeprowadzone wśród 20 tys. osób z dziesięciu krajów wykazało, że „Made in Germany” jest najbardziej cenionym oznaczeniem pochodzenia na świecie. Ufa mu 66 proc. respondentów, więcej niż oznaczeniom ze Szwajcarii czy Japonii.
Od ostrzeżenia do symbolu jakości
Historia znaku jest wyjątkowa. W 1887 roku Wielka Brytania wprowadziła oznaczenie „Made in Germany”, aby ostrzegać konsumentów przed niemieckimi produktami uznawanymi wtedy za gorszej jakości. Z czasem napis stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli jakości na świecie.
Zaufanie trzeba dziś udowodnić
Analiza komentarzy użytkowników mydealz pokazuje, że pozytywne opinie o „Made in Germany” nadal nieznacznie przeważają nad negatywnymi. „Lepiej dopłacić kilka euro i kupić niemiecki produkt zamiast chińskiego badziewia” – napisał jeden z użytkowników.
Klienci nadal są gotowi płacić więcej za produkty rzeczywiście projektowane i wytwarzane w Niemczech. Coraz częściej oczekują jednak dowodów potwierdzających pochodzenie towaru.
„Podejrzenie nie brzmi: niemiecka jakość się pogorszyła” – podsumowuje Kalcin. „Podejrzenie brzmi: oznaczenie po prostu nie odpowiada rzeczywistości”.
W efekcie sam napis „Made in Germany” przestaje wystarczać. Firmy, które potrafią udowodnić swoje deklaracje, nadal korzystają z siły jednej z najbardziej wartościowych marek pochodzenia na świecie. Pozostałe ryzykują utratę najcenniejszego kapitału – zaufania klientów.
Źródło: focus
Zdjęcie: magnific



